|
|
| Zwierzyniec 2005 - szkic subiektywny |
 |
 |
| Autor Piotr Roguski |
Refleksje z obozu Aikido prowadzonego przez Pawła Zdunowskiego
Zwierzyniec - piękne małe miasteczko położone w środku Roztoczańskiego Parku Narodowego, wśród grzybnych lasów, jezior, rzeczek i urokliwych miejscowości. Z Warszawy ok. 260 kilometrów.
Aikido - sztuka walki, gdzieś z dalekiej Japonii.
Połączenie tych dwóch rzeczy - dziewięć dni pracowitej laby na macie i plaży.
Po krótce:
Mieszkamy w internacie szkoły
Kąpiemy się w koedukacyjnej łazience lub/i stawach "Echo"
Piwo browaru Zwierzyniec 0.33l w butelce "granat" 1,19 PLN
Jemy w "Młynie", "Mordowni" lub dla chętnych obiadki jak na wczasach
No i mały lodzik / super/ po porannym treningu, a w drodze na plażę
Na macie 2 razy dziennie - rano ok. 3,5h. wieczorem ok. 4h.
Aikido - Kaczorowe... a nie kacze, czyli z troską o niską, stabilną postawę. Prowadzone rzetelnie, logicznie - słowem tak, aby kolejna technika wynikała z poprzedniej, a wszystkie one tworzyły spójną i logiczną całość w ramach jednego treningu.
A treningi tematyczne - np. jeden rodzaj ataku, niuanse w położeniu ręki przed i przy danej technice /nikkyo, ikkyo, sankyo/. Kaczor dużo tłumaczy jest więc czas na odpoczynek między technikami.
Trochę brakuje mi wariactwa na macie... i obok Aikido - luźnej nawalanki...
Acha... patykami też wywijamy.
Masaż - ostatnia faza wieczornego treningu. Darek prowadzi. Okrężne ruchy. Dłonie, łokcie, stopy, kręgosłup... trochę szyja. Jeździmy dłońmi po ciele partnera/partnerki. Spada spięcie i zmęczenie z barków i łopatek; a potem jeszcze lędźwie. Mnie trafiła się raz Monika... Było bosko.
Joga - sobota wieczór. O rany... nie wiedziałem na czym się skupić; czy na swoich rozciąganych i bolących kościach... czy na ciele i ruchach instruktorki, która pokazując ćwiczenia wprowadzające do "assany psa" przyjmowała pozycje... niewiarygodne pozycje.
Ale tak naprawdę ten obóz to spotkania z ludźmi:
Po pierwsze tymi z którymi mieszkałem w pokoju. Miśkiem, Śliwą, Alkiem...
Alek - oj... kochliwy ten Alek
Śliwka - ten to powinien być aktorem; na co dzień do rany przyłóż - lecz gdy "ukował" podczas egzaminów jego twarz zamieniała się w kamienna maskę. /Już wiem dlaczego japońskie hełmy wojenne mają tak straszne miny/
Misiek - przywiózł ze sobą dużo zajebiście pozytywnej energii, a potem ot tak, od niechcenia zdał niesamowicie dynamicznie na 1 kyu. Chwilami miałem wrażenie, że Misiek "ze swoimi jajami i gagami" jest młodszym bratem Heńka.
Po drugie z Kaczorem, jego życzliwością i troską o drugiego człowieka, o to by każdy czuł się dobrze przez te 9 dni obozu.
Z Karoliną - babką o wesołych oczach, która nieraz pozwalała sobie na to by i uśmiech zagościł na jej ustach.
Z Piotrkiem - który tym razem niczego nie strugał /patrz miecze w Augustowie/, niczego nie rozbił / citroen w Brennej /, a jak zwykle śpiewał sprośne piosenki przy ognisku i tańcował aż do rana z Marysią na imprezie kończącej obóz.
Zresztą nie tylko z nią...
Z Moniką - uczennicą mistrza Śliwy z dojo Choszczówka - która wieczorami stawała się sensejką tańca dla swego mistrza Aikido.
Z naszymi siedemnastkami, które wszystkim facetom zawróciły w głowach, by na koniec obozu dojść do wniosku, że Aikido jest do niczego i że wstępują do Klasztoru.
Z Darkiem i Asią - parą, której wróżę dużo sukcesów... nie tylko fotograficznych. / To dzięki nim powstała większość zdjęć z obozu oraz film instruktażowy p.t. Jak Kaczka rusza kuperkiem czyli Kaczor i jego biodra. /
I wielu innymi, których tu nie sposób wymienić...
Podsumowując - obóz super. Pogoda wporzo. Piwo tanie. Brakowało mi tylko Rumcajsa zwanego Bolem - aby wypić z nim "wściekłe psy".
|
| [Wróć do listy] |
|